Niedziela to odpoczynek, dzień bez nerwów, stresu, pyszny ciepły obiad i deser, niestety to tylko złudzenie. Wczoraj byłam w Sarajewie a dziś pracowity dzień, trzeba dalej czytać i analizować pieśni. Żeby chociaż teoretycznie przedłużyć sobie dzień postanowiłam wstać wcześniej i pójść na mszę o 11:00 wówczas w drodze powrotnej wstąpię na obiad na stołówkę i potem do roboty. Jak się domyślacie nic z tego nie wyszło, owszem na mszę na 11:00 zdążyłam ale o obiedzie mogłam zapomnieć.
Dziś na mszy było bardzo uroczyście, kazanie miał ksiądz, który mówił tak wolno i wyraźnie, że całkowicie zapomniałam, że nie jestem w Polsce, każde słówko rozumiałam (dobrze, niech wam będzie, nie każde ale 99,9%:)) tylko na końcu tuż po ogłoszeniach troszkę poszalał i jak zaczął mówić o tym, że za tydzień będzie bierzmowanie i jakie to ważne a jego mowa trwała tyle co kazanie, ja bez kolacji wczoraj i śniadania dziś więc tak burczało w brzuchu, że coś strasznego!!! Skończył, ciężko było ale przecież czeka na mnie ciepły obiad, w pośpiechu idę do stołówki a tam……….o nieeeeeeeeeeeee!!!!!!……..tak zwany suchy prowiant a mi tak się ciepłej zupy chcę, nawet tego ich grochu (wiem, wiem bośniackie słówko grah znaczy fasola, natomiast groch to grašak ale dla mnie to jest groch i już) bym dziś zjadła z całą przyjemnością a tu takie rozczarowanie. Raz w miesiącu dają na obiad suchy prowiant ale dlaczego akurat dziś, chlebek, pasztet (na którym widnieje napis zapewniający, że jest w całości drobiowy, bez wieprzowiny), sardynki w warzywach, jabłko, „zepsuty jogurt” wszystko OK. ale ja chcę ciepłej zupy, normalnego obiadu. Próbuję stanąć grzecznie w kolejce ale pytam jakiegoś chłopaka czy jest ostatni bo kolejka ma raczej kształt ślimaka, on odpowiada, że tak i pyta jak mi idzie nauka bośniackiego. Wytrzeszczam oczy i odpowiadam, że skoro mnie rozumnie to chyba nie tak źle. Potem pyta kiedy wracam do Polski a moje oczy prawie wyskoczyły z orbit, myślę sobie a skąd ty Bośniaku wiesz, że ja Polka?!?!?!?!? W tej samej chwili pomyślałam, że to przecież oczywiste, tylko ja jedna nie jem chleba na stołówce więc od razu wiadomo – obca!!! No dobrze ale myślę dalej, to że nie jem chleba nie znaczy, że jestem Polką!!! Odpowiadam, że wracam pod koniec maja, rozmowa ciągnie się dalej jednak gdy powiedział do mnie po imieniu MONIKA a przecież nie przedstawiliśmy się sobie, to musiałam zapytać skąd to wszystko wie?!?!?!? No tak, mogłam się tego domyślać, pani Hanifa, która chciała już mnie wydać za mąż za swoich synów ale ja wymigałam się nawet od poznania ich, teraz pewnie nasłała na mnie kolejnego stręczyciela, cóż za okrutna kobieta. Jednak nie!!! To student medycyny i mieszka w akademiku, w którym ona ma swoje biuro więc tylko słyszał od niej, że przyjechała Polka. Skoro on wie jak ja mam na imię to ja też chcę znać jego imię i zdarzył się cud…., po raz pierwszy od razu zapamiętałam czyjeś imię ale tylko dlatego, że skojarzyło mi się z imieniem z bajki „Alvin i wiewiórki” a on jest Amir. Wiem, to całkiem inne imiona ale ja widzę w nich podobieństwo:).
Wracam głodna do akademika i myślę o ciepłym obiadku, nie chcę jeść kanapek, muszę zjeść normalny obiad inaczej cały dzień będę głodna. Zostawiam w akademiku siatę z jedzeniem ze stołówki i szukam jakiejś jadłodajni ale do centrum nie dojdę bo padnę z głodu, musi być coś bliżej i owszem jest ale wszędzie burek, nie chcę burka. Idę chodnikiem dla pieszych, po którym ciągle jeżdżą samochody żeby sobie pod blokiem zaparkować i słyszę, że jakiś jedzie za mną ale jestem zła i głodna i nie mam zamiaru się odsunąć, zobaczymy kto dłużej wytrzyma a wyprzedzić mnie nie może bo zbyt wąsko a po obu stronach zaparkowane auta. Więc idę sobie dalej i jakoś nie słyszę żeby trąbił, wyjątkowo cierpliwy ale jak wyjechał na ulicę to nadrobił utraconą prędkość. Ostatecznie po długich poszukiwaniach i z żołądkiem „przyrośniętym do pleców” wylądowałam w dużym sklepie, tam jest jakaś knajpa. Tak, pewnie, jest a w niej kawa, nie będę pić kawy na obiad, wchodzę do sklepu i cóż innego mi pozostaje jak kupić coś ciepłego. Oczywiście tylko burek i pita od zelja, kupuję, dalej idę po jakiś jogurt ale szybko obracam się na pięcie i uciekam jak najdalej od działu z nabiałem bo tam stoi ten chłopak z sklepu od „słodkiego akcentu” i nie mam zamiaru z nim dyskutować. Najdalej był dział z gazetami więc tam się zatrzymałam i znalazłam rewelacyjną gazetę z przepisami kulinarnymi tylko, że przy kasie trafił mnie grom z jasnego nieba bo pomimo, że gazeta leży na półkach to jeszcze nie zarejestrowana i nie mogę jej kupić, kasjerka każe mi przyjść jutro a ja w myślach duszę panią kasjerkę i mówię, że jutro to niech sama sobie tu przyjdzie i ją kupi, ja chciałam ją mieć dziś bo nie wiem czy juto dalej będzie mi się podobać – oczywiście te wszystkie słowa wypowiedziane były w moich myślach, chociaż byłam tak głodna i zła, że dużo mi nie brakowało żebym powiedziała to na głos a wiadomo: jak Polka głodna to zła!!!!!!!!! Ostatni raz i jedyny od 48 h jadłam wczoraj w południe, w Sarajewie więc wyobraźcie sobie co czułam.
Wracam do akademika i zaczynam jeść pitę, po kilku gryzach wyrzucam do kosza, zimna i za słona. Gotuje wodę i zalewam gorący kubek, pisało, że grzybowa ale w ogóle ,nie ma smaku, powinna nazywać się raczej gumowa, wylewam bo nie da się zjeść. Ostatecznie zjadłam pomarańczę, kawałek suchego chleba i pyszną czekoladowa kuleczkę z Sarajewa, taki to miałam ciepły i smaczny niedzielny obiadek.
Wczoraj natomiast pierwszy raz jadłam takie prawdziwe ćevapčici (ćevapi) i to w Sarajewie:), w ogóle wyjazd na Sajam był bardzo udany chociaż zapowiadał się nieciekawie. Wyjazd o 07:00, znów trzeba wstać o jakiejś barbarzyńskiej godzinie i zdążyć na autobus. Wcześniej nie sprawdziłam godzin odjazdu bo i tak nie ma sensu więc wyszłam 06:20 żeby zdążyć, podjeżdża autobus nr 4, a to niespodzianka, tym jeszcze nie miałam przyjemności jechać, będzie zabawnie jak wysiądę na przystanku na środku pola i nie zdążę na autobus do Sarajewa. Nie chcąc ryzykować zapytałam kierowcy dokąd jedzie i czy ma przystanek gdzieś w okolicy Hotelu Tuzla, kierowca chyba miał dzień dobroci dla pasażerów bo nie dosyć, że wszystko mi objaśnił chociaż ja po chwili już wiedziałam gdzie jedzie ale skoro taki miły to niech się wygada, nie będą mu przerywać. Gdy zbliża się mój przystanek widzę, że macha do mnie w lusterku więc podchodzę i ponownie mi tłumaczy gdzie jest hotel, ja się tylko uśmiecham bo od dwóch miesięcy chodzę tam prawie codziennie ponieważ naprzeciwko hotelu jest moja uczelnia ale cierpliwie słucham i ślicznie dziękuję a on zatrzymuje się na ulicy pomimo tego, że ma zielone światło (to jest właśnie to, o czym pisałam wcześniej, każdy kierowca jeździ jak chce) otwiera drzwi autobusu żebym miała bliżej bo od przystanku musiałabym cofać się kilkanaście metrów, niesamowite. Teraz szukam autobusu i ludzi, znalazłam ale jestem w szoku, jeden autobus i….dziki tłum ludzi, niby gdzie wszyscy maja się pomieścić?! Próbuję jakoś przetrwać i wejść do środka, udaje się, nawet mam miejsce i jedno zajmuję dla Alisy, tylko gdzie ona jest!!!! Zostało jeszcze 15min do odjazdu i wysyłam jej sms, nie odpowiada ale wiem, że lubi sobie pospać więc pewnie się spóźni tylko kto oprócz mnie będzie na nią czekał? Dzwonię i pytam czy „przypadkiem” jest gdzieś w pobliżu, odpowiada, że tak, czuję ulgę. Po pozostałych podjechały jeszcze trzy autobusy równie wątpliwej jakości co nasz bo to sprzęty komunikacji miejskiej, nie można spodziewać się luksusu za 13 KM w obie strony. Alisa jednak spodziewała się i biedaczka cierpiała przez całą drogę na ból pleców ale ja wspominałam kto nas wiezie:) tylko, że ona nie pamięta kiedy ostatni raz jechała autobusem miejskim, ciągle taksówki i własna nówka Skoda lub Volvo męża:). Muszę przyznać, że nie było tak źle, to nie były takie zwykłe autobusy, wyglądały jak normalny autobus na dalekie trasy nie taki malutki miejski. Tylko jak przez 4 godziny, tak, jechaliśmy 120 km przez 4 godziny !!!!!!!!!!!!!!!!! bo pan kierowca zrobił sobie prawie godzinną przerwę na kawę chociaż mówił, że będzie 15 min i nie wiedziałyśmy z Alisą gdzie najpierw biec, na kawę czy do wc ale jak zatrzymały się jednocześnie 4 autobusy to kolejka do wc jak za chlebem więc wygrała kawa ekspresowa. Dosłownie ekspresowa bo wypiłyśmy ją duszkiem, wc odwiedziłyśmy oczywiście męskie bo do damskiego kolejka coraz większa i szczęśliwe, że zdążyłyśmy w ciągu tych 15 min, wsiadamy do autobusu ale……….czekałyśmy tam jeszcze 35 min zanim wrócił kierowca, powstrzymam się od komentarza. Nie powinnam chyba wspominać, że przez całe 4 godz. zmuszeni byliśmy przez kierowcę do słuchania muzyku typu turbo folk czyli bałkańskiej odmiany naszego disco polo i wąchania naftaliny. Nie wiem co to było ale śmierdziało identycznie jak naftalina, pytam nawet Alisę czy czuje ten zapach ale nie wiedziałam jak jest naftalina po bośnaicku więc tłumaczę, że podobny zapach jest w szafach u starych pań, które trzymają tam środek przeciw „dzikim zwierzątkom” żeby nie jadły ich futer i innych ubranek (wiem, że to moljci (mole) ale w tamtej chwili zapomniałam jak brzmi ta nazwa nawet po polsku:)) a ona odpowiada pękając ze śmiechu, że to nie jest zapach tylko smród naftaliny, okazało się, że naftalina to po bośniacku podobnie bo naftalin tylko akcent jest inny:).
Jesteśmy, dojechaliśmy i żyjemy a w Sarajewie zimno, wręcz mroźno!!! Idziemy na Sajam , pełno ludzi a wybór książek pozostawia dużo do życzenia, nie znalazłam nic specjalnego z literatury bśniackiej, podobnie Alisa z językoznawstwa, ostatecznie kupiła jednak trzy lub cztery książki a ja jedną: Antologija bošnjačkih usmenih lirskonarativnih pjesama i pechowo natrafiłam na stoisko wydawnictwa Preporod bo tam komplet książek, które kupiłam u tym wydawnictwie podczas ostatniego pobytu w Sarajewie kosztuje 30 KM a ja zapłaciłam 60 KM!!! Nie mogłam uwierzyć, ale szybko tłumaczę sama sobie: Monia ty Koziołku Matołku, nie bądź materialistką, pieniądze to rzecz nabyta, za wszystko możesz zapłacić Master Card a znajomość z wielkim profesorem, którego poznałaś wówczas jest bezcenna!!! Wierzcie mi to prawda ale wrócę do tego tematu później!!! Po chwili przypomniałam sobie, że przecież dostałam gratis drugi komplet książek dla uczelni i jeszcze dwie inne jako prezent dla mnie, nawet z dedykacją i jakbym teraz miała je wszystkie kupić na tych targach, pomimo promocyjnych cen, to zapłaciłabym dużo więcej i nie poznałabym profesora Maglajlicia.
Po obejściu wszystkiego spojrzałyśmy na siebie znacząco z Alisą i bez słów wiedziałyśmy, że nasza wizyta na Targach książki dobiegła końca, czas skontaktować się z Maidą i ruszyć w kierunku Baščaršiji bo ćevapi czekają a byłyśmy głodne jak wilki. Po drodze zmarzłyśmy okrutnie, ja oczywiście w sukienusi i rajstopkach, Alisa też więc skostniałyśmy maksymalnie. Nie wytrzymałam i wyciągam z torby rękawiczki, Alisa w szoku pyta co robię, tłumaczę, że z zimna nie czuję rąk i zakładam rękawiczki, ona na to ze śmiechem, że jest kwiecień i:
- Nie zakładaj!:) - Alisa.
- Muszę! – ja.
- Nie zakładaj!:)
- Muszę!:)
- Nie zakładaj!:)
- Naprawdę muszę!:)
- Skoro musisz.
- Muszę!:)
- Dobrze:):):).
W końcu jest mi ciepło chociaż w ręce, jesteśmy w centrum i idziemy do Morića Han żeby coś zjeść. Alisa zamawia najpierw kawę a do tego coś słodkiego, ja okazuję się słabym zawodnikiem i od razu mówię, że kawa i słodycz potem a teraz muszę zjeść normalny obiad bo wczoraj nie jadłam kolacji, dziś śniadanie też ominęłam a jest ok. 13:00 więc czas na obiad!!! Zamawiam długo oczekiwane ćevape ale małą porcję czyli 5 „kotlecików” i wiedziałam co robię bo po 10 z pewnością nie wstałabym z krzesełka.
W końcu jest mi ciepło chociaż w ręce, jesteśmy w centrum i idziemy do Morića Han żeby coś zjeść. Alisa zamawia najpierw kawę a do tego coś słodkiego, ja okazuję się słabym zawodnikiem i od razu mówię, że kawa i słodycz potem a teraz muszę zjeść normalny obiad bo wczoraj nie jadłam kolacji, dziś śniadanie też ominęłam a jest ok. 13:00 więc czas na obiad!!! Zamawiam długo oczekiwane ćevape ale małą porcję czyli 5 „kotlecików” i wiedziałam co robię bo po 10 z pewnością nie wstałabym z krzesełka.
Ta bułeczka to właśnie somun a w środku ćevapi, do tego surówka i cebulka, kjmaku nie dali.
Ten przepyszny obiadek trzymał mnie aż do następnego dnia, miejsce na słodycza i kawę za kilka godzin znalazło się jednak bez większego trudu. Ciągle mi zimno, teraz nie czuję już moich stóp, ojojojjj… jak zimno a my dalej czekamy na Maidę, w końcu dzwoni i pyta gdzie jesteśmy więc Alisa mówi, że w ogródku w Morića Han, Maida twierdzi, że także, mówię do Alisy, że knajpa o nazwie Morića Han jest tylko jedna w Sarajewie i w jej ogródku właśnie siedzimy, Maida dalej upiera się, że też tam jest, ja dalej twierdzę, że niemożliwe bo my tam siedzimy i jej nie widzimy ale dobrze, nie będę się mądrzyć bo jak to twierdził Philip Chesterfield By się podobać, musisz pozwolić, by ludzie którzy wiedzą mniej od ciebie, objaśniali ci rzeczy, o których ty wiesz więcej od nich. Nie twierdzę, że wiem więcej i lepiej bo to ona jest co tydzień w Sarajewie a po ślubie przeprowadza się tam na stałe ale tego byłam akurat pewna bardziej niż tego jak się nazywam!!! Sarajewo jest moim „obłędem” i znam tam naprawdę wiele rzeczy i miejsc (ale zdaję sobie sprawę, że to i tak kropla w morzu ) bo zwyczajnie zwracam na nie większą uwagę niż ci, którzy tam mieszkają, ich to raczej nie obchodzi, dla nich to szara codzienność a dla mnie tęcza o stu kolorach.
I co???? A nie mówiłam???? Jak zwykle miałam rację, tylko przecież nikt mnie nie słucha!!!! Ona była w całkiem innym ogródku, knajpa nazywała się Koliba, była naprzeciwko naszej, wiedziałam dokładnie bo nie lubię zbytnio tego miejsca. Spędziliśmy tam tyle czasu, że powoli dostawałam gorączki, zrozumcie mnie, dziewczyny mogą tam przyjechać kiedy tylko chcą a ja DWA LATA na to czekałam i nie wiem kiedy znów tu przyjadę, nie mam ochoty siedzieć godzinami w jednej knajpie jak całe miasto czeka, żeby po raz kolejny je zwiedzić. W dodatku Maida była z narzeczonym i jak w trójkę wpadli na jakiś temat to tak szybo mówili, że jedna nie zdążyła skończyć a druga już zaczynała a ja tam siedziałam jak na tureckim kazaniu. Na dworze dosłownie lał deszcz ale pomyślałam, że jeśli nie zakończą tej debaty i nie wyjdziemy stąd jak tylko przestanie padać to ja ich ładnie przeproszę i wyjdę sama! Nagle wychodzi słońce, przestaje padać, ja otwieram usta żeby przedstawić mój plan i równocześnie z tym pada od nich propozycja spaceru. No nareszcie Moi Drodzy, tylko szkoda, że tak późno!!!! Ja jestem trochę jak kot, chodzę własnymi drogami, robię co chcę i kiedy chcę więc całkowicie mi się nie podobało, że jestem w moim ukochanym mieście i nie mogę robić tego co chcę tylko chodzić za kimś!!!! Tak dalej być nie może, chyba muszę się zbuntować!!!! Okazało się jednak, że Maida i Vedran idą już do domu a ja zostałam przewodnikiem Alisy po Baščaršiji i okolicy, cała szczęśliwa i rozpromieniona pokazałam jej wszystko co wiedziałam a po drodze…uwaga!!!!!!! …..spotkałam czytającego gazetę prof. Maglajlicia (pamiętacie jak wcześniej pisałam, że trzeba się ładnie ubrać bo nie wiadomo kogo się spotka oraz, że pieniądze to nie wszystko?), oczywiście podchodzę, witam się i takie tam różne grzecznościowe sprawy bo ja miałam poważny interes do profesora, mianowicie odważyłam się zapytać go czy tak całkiem ale to całkiem „przypadkiem” nie zechciałby zostać recenzentem mojej pracy, hmmm…?????? No oczywiście, że zechciał, nie miał innego wyjścia, „ambasadorom” się nie odmawia a tym bardziej kobietom. Jest recenzent i to jaki a w głowie też coraz więcej bo czytam pieśni, tłumaczę je i jak tylko skończę to zaczynam pisać.
Ach…. bajecznie, jestem przewodnikiem po Sarajewie, następnie idziemy do Bezistanu (bazar) a tam co krok to džidžarnica (dziecięcą zabawkę lub imitację prawdziwej biżuterii, więc džidžarnica to w wolnym tłumaczeniu tandeciarnia, sklep z różnymi pierdołkami i błyskotkami; to słówko to czysty wymysł, w rzeczywistości nie istnieje.) i wszędzie błyszczy się najróżniejsze džidži midži (pierdołki, błyskotki, świecidełka i co tylko chcecie) ale ja to lubię, dla mnie czadowo!
Spotykamy Polaków, jest zabawnie, potem odwiedzamy jeszcze kilka moich ulubionych księgarni a w tej przy meczecie kupuję Značenje Bajrama u kulturi Bosanskih Muslimana tylko, że Alisa odkrywa błąd, mianowicie słowo Muslimana powinno być napisane małą literą bo książka wydana 1991 r. a tylko do 1990 r. obowiązywała pisownia dużą literą, teraz używa się słowa Bošnjaci, jednak ja muszę to dokładnie sprawdzić, nie jestem przekonana czy to był dokładnie ten rok.
Jesteśmy na ul. Maršala Tita a tam przecież siedzi Miško, tym razem mam ochotę z nim porozmawiać a żeby nie było wiadomo, że jestem nawiedzona to poproszę o wyczyszczenie butów ale i tym razem mi się nie udaje, ktoś tam z nim rozmawia a on czyści buty komuś innemu, nie będę czekać w kolejce, myślę: do zobaczenia innym razem i dalej idziemy z Alisą na zbiórkę. Cały czas coś jej opowiadałam, włączyło mi się jakieś „gadu-gadu” a jak zaczęłam mówić o moich przygodach podczas pierwszego i drugiego przyjazdu do Sarajewa z przed dwóch lat to obydwie szłyśmy, trzymałyśmy się za brzuchy i płakałyśmy ze śmiechu. To było dawno ale wszystko pamiętam dokładnie bo to było dla mnie ogromne przeżycie. Na koniec poszłyśmy jeszcze na brzeg Miljacki i po raz pierwszy spacerowałam aleją, która nazywa się Vilsonovo šetalište, cudnie, cudownie, cudniście.
Pogoda piękna a Alisa robi mi zdjęcie, potem ja jej a jak podniosła moją torbę to z wielkim zdziwieniem zapytała: Co ty tam masz na Boga!!!! Tak jak wspominałam wcześniej, ja zwyczajnie muszę mieć jakiś nadbagaż i ciągle go nosić bo inaczej źle się czuję. Tym razem nie miałam walizek to moją podręczną torebkę napakowałam po brzegi ale wszystkie rzeczy były mi „niezbędne”, wzięłam nawet drugi tom Hörmannovej zbirki, może i bez sensu ale myślałam, że po drodze będę czytać a w autobusie nie chciałam zostawić bo nie byłam pewna czy będziemy wracać tym samym. Oprócz tego w ręku miałam dwie reklamówki z nowo zakupionymi książkami i jedną ze słodyczami.
Jak tylko weszłyśmy do autobusu zaczęło padać a właściwie lać, błyskać się i burza a po drodze do Tuzli padał śnieg, mgła jak mleko, zapach naftaliny oraz prawie czterogodzinna dawka turbo folku. Ktoś nie wytrzymał i poprosił kierowcę żeby wyłączył, bez skutku. My z Alisą całą drogę przegadałyśmy i minęło błyskawicznie, w akademiku byłam ok. 21:30 a tam zimno jak w lodówce. Wiedziałam, że skończy się spaniem pod dwoma kocami w skarpetkach i bluzie bo jakimś cudem długie spodnie od piżamy zostały w Tuzli.
I takim to sposobem po raz kolejny odwiedziłam Sarajewo. Wczoraj nie miałam siły nic pisać i od razu zasnęłam z nadzieją, że może mi się jeszcze przyśni. Mam nadzieję, że to nie ostatni mój wyjazd podczas pobytu w Tuzli.